środa, 13 grudnia 2017

Nie taki diabeł straszny, jak go malują| "Daredevil"



Zazwyczaj do seriali muszę mieć przynajmniej dwa podejścia. Tak było tez z „Daredevilem”, którego zaczynałam już dawno temu, przerwałam jednak po paru odcinkach. Teraz poczułam, że czas wrócić do historii początkującego prawnika, który w nocy ratuje Hell’s Kitchen. I udało mi się obejrzeć całość i – mimo mojego zwyczaj słomianego zapału do seriali, chcieć sięgnąć po kolejny. Co więc aż tak ujęło mnie w tym serialu?

Główny bohater serialu, Matthew pomimo dość młodego wieku wiele przeżył. W dzieciństwie stracił wzrok ratując człowieka. Następnie utracił ojca, wielkiego boksera, który tragicznie skończył dążąc do uczciwości. Dzięki ciężkiej pracy bohater zostaje prawnikiem i zakłada z przyjacielem Foggym własną kancelarię, nie chcąc pracować dla wielkich firm, które nieludzko traktują zwykłego obywatela. Tu jednak droga walczenia o dobro i sprawiedliwość się nie kończą. Matthew bowiem w nocy zakłada maskę i opiekuje się swoim miastem, karząc na własną rękę ludzi wyjętych spod prawa. Co jednak się stanie gdy trafi nie na zwykłego opryszka, a dużą zorganizowaną grupę trzęsącą całym miastem?

Głównym antagonistą tego sezonu jest Fisk. Do oskarżenia, pojmania i skazania go za zbrodnie, których się dopuścił dąży większość bohaterów, nie tylko Matthew. Czyny czarnego bohatera i jego grupy dosięgają bowiem o wiele większej ilości ludzi. Człowiek ten opanował policję, media, rządzi miastem. Wielka sieć kontaktów, znajomości i możliwości Fiska rozciąga się nad Hell’s Kitchem, a bohaterowie dążą do tego, by ją zniszczyć.

Skoro już jesteśmy przy antagoniście to zdecydowanie była moja ulubiona postać. Tak samo Killgrave’a jak w „Jessice Jones” nie da się go lubić, jednak chwilami się go rozumie, ma przerażającą historię, jakieś podłoże swoich działań. On również chce naprawić to miasto. Obrał jednak zupełnie inną drogę niż główny bohater. Poza tym fascynował mnie jego rozwijający się związek z Vanessą. Zdecydowanie była to najbarwniejsza postać.

Jeżeli chodzi o głównego bohatera również go polubiłam. Ma w sobie sporo patosu, który może przeszkadzać. Nie jest jednak wyidealizowany, posiada wiele wad, nie zawsze postępuje poprawnie. Pomimo swoich umiejętności nie raz zbiera baty, krwawi, musi się leczyć. Wacha się w swoich decyzjach, jego sumienie nie pozwala mu na niektóre kroki. Ważna tu jest jego religijność, głęboka moralność. To, ze nie raz się myli sprawia, że jest bardzo ludzki, rzeczywisty w swoich rozterkach.

Prócz Matta jeszcze wiele postaci pracuje nad tym, by Fisk został aresztowany. Jest to m. in. Foggy i Karen (bardzo irytująca postać), która została bardzo skrzywdzona przez czarny charakter. To ona w wielu momentach mobilizuje nowych ludzi i napędza tę uczciwą, prawomocną formę walki ze złem. W serialu również bardzo mi się podoba to, że jest przedstawiona i taka metoda starcia, nie tylko superbohatera, a również zwykłych obywateli, którzy często wiele poświęcają przeciwstawiając się złu. Serial wspaniale rozwija relacje w kancelarii. Nie jest to wyidealizowane, bohaterowie zmagają się z brakiem klientów. Przez wiele tajemnic kłócą się, sprawa Fiska jednocześnie ich łączy i rozdziela.

Krótko o aspekcie wizualnym. Jest dość ciemno, światło często ma określony kolor, niczym neony, światła miasta. Wszystko jest ogromnie klimatyczne, kojarzące się z brudnymi miejskimi uliczkami, ukrywającymi wiele tajemnic. Zauważyłam też sporo ciasnych przestrzeni, korytarzy, zaułków, również ogromnie klimatycznych. 

Nie napiszę jednak, że serial jest idealny. W pewnych momentach robi się ciut nudniej, a niektóre wątki zostały wprowadzone po nic, bezcelowo. Słabo również wypada końcówka, która chwilami robi się zbyt pompatyczna, za dużo się dzieje.

Podsumowując, „Daredevil” to ciekawy, dość krótki serial, gdzie superbohater przedstawiony jest trochę inaczej. Spodobał mi się przez wykorzystanie w nim prawa. Ponadto jestem zachwycona kreacją antagonisty, grą światła, relacjami bohaterów. Mimo to dostrzegłam tu sporo istotnych wad. Z pewnością sięgnę po drugi sezon i mam nadzieję, że poziom tego się utrzyma, a może i będzie wyższy.
Moja ocena - 7/10
Do następnego postu! 
Snowflake

niedziela, 10 grudnia 2017

Mój ulubiony miesiąc| Bullet journal grudzień 2017

Hej!
Nie macie pojęcia jak bardzo czekałam na grudzień! I przez mnóstwo wydarzeń, które teraz się staną, rychłe rozpoczęcie nowego roku, czyli w jakiś sposób nowego etapu, moje 18. urodziny, święta... Tak, to zdecydowanie będzie bardzo kluczowy miesiąc. Lecz nie tylko dlatego czekałam na ten miesiąc. Chciałam też jak najpiękniej zrobić go w bujo, bo pomysłów miałam mnóstwo!
Początkowa strona grudnia jest bardzo tradycyjna, bo zrobiłam świąteczny wieniec. Tak, jak w tamtym miesiącu przy uzupełnianiu dziennika pochłaniałam 2 sezon Stranger Things, więc bardzo niektóre strony kojarzą mi się z danymi scenami, tak tutaj oglądałam "Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie". Naprawdę uroczy film, tylko trudno się go oglądało jednocześnie coś rysując, bo jest włoskojęzyczny i musiałam uważnie śledzić napisy.
Jedną z moich ulubionych stron w tym miesiącu są nawyki, które wyszły bardzo uroczo w tymi lampkami i światełkami. Co do zaznaczania, zazwyczaj malowałam jednym kolorem kredki, tym razem postawiłam na kreskowanie czerwonym długopisem. I na razie bardzo dobrze się to sprawdza. 
I moja ulubiona strona czyli posty! Wyszła bardzo skromnie, ale nie jest pusta. Bardzo spodobała mi się ta kolorystyka, nie jest przesadzona, bardzo elegancko to wygląda. Poza tym jak widać notuję tu ołówkiem, bo zawsze, gdy moje plany się zmienią, mogę coś zetrzeć i zapisać gdzie indziej.
Cały miesiąc został zapisany na jednej stronie. Chcę zobaczyć jak mi się to sprawdzi i jak na razie jest ok! 
Teraz właśnie zdałam sobie sprawę, że zapomniałam o stronie z przeczytanymi i obejrzanymi! No cóż, gdzieś to dorobię. Za to mam śliczną stronę na postanowienia i rozpoczęcie roku 2018. Nie wiem jednak, czy dalej będę prowadzić tu dziennik. Może Mikołaj przyniesie mi jakiś inny notes... ;)

Miałam też krótko podsumować stronę z miesiącem systematycznej nauki z poprzedniego miesiąca. Ok, ona totalnie mi nie wyszła. Wszystko przez nagłą zmianę planów maturalnych. Zdecydowanie nie była dla mnie to odpowiednia metoda planowania...
A jak wy zamierzacie rozpocząć rok 2018? W kalendarzu, plannerze, bujo, czy może całkowicie sponatanicznie?
Do następnego posta!
Snowflake

czwartek, 7 grudnia 2017

Aneta Jadowska "Akuszer bogów"

Pierwsza część mnie zachwyciła. Po prostu zakochałam się w tym świecie, bohaterach klimacie. I nie mogłam doczekać się powrotu do przygód Nikity, dlatego szybko sięgnęłam po następną część. "Akuszer bogów" miał być dla mnie jeszcze lepszą kontynuacją świetnie zaczętej historii. A jak wyszło?

W poprzedniej części Ture pozostawił coś Nikicie. Wiadomość z adresem miejsca, gdzie wszystkie tajemnice mają się rozwiać. Mianowicie domu w intrygującej, przesiąkniętej magią i nordyckimi wierzeniami Norwegii. Jej droga do prawdy wiedzie przez niejedną przygodę. Bohaterka pozna stado zmiennokształtnych motocyklistów, rodzinny dom z ciężarną z shot gunem w ręku, a nawet będzie musiała wędkować! Ale czy prawdę warto poznać?

Na początku książki czytelnik od razu wpada w wir akcji, który nie ustaje. Znamy już bohaterów, realia, teraz możemy się bawić! Oj nie do końca, bo Norwegia została zupełnie inaczej przedstawiona, dzięki czemu czytelnik poznaje kolejny kawałek magicznego świata, zostaje w niego wciągnięty na nowo. Tutaj nie ma tajemniczych miast alternatywnych. Tu magia po cichu miesza się z rzeczywistością, ubarwia ją.

Inny świat to inny klimat. Nadal jest bardzo intrygująco i tajemniczo, jednak nie aż tak groźnie. Brak tu niebezpiecznych burz czy czkawek, które wyrzucają na ulice tabuny niezrównoważonych wilkołaków. Mamy za to potężne bóstwa, które z nieznanego powodu bardzo naprzykrzają się Nikicie.

Przyznam, że w życiu nie pomyślałabym, że książka pójdzie w stronę mitologii nordyckiej. Może to dlatego, że żadnej książki o tej tematyce nie czytałam, a Odyna czy Thora znam jedynie z filmów Marvela. Muszę się jednak tym bardziej zainteresować, bo po "Akuszerze" jestem jak najbardziej na tak!

Co do bohaterów, mamy tu mnóstwo nowych postaci. Nie są one jednak wprowadzone na siłę, nie pojawiają się nagle, nie jest to tak, że Nikita puka do pierwszego lepszego domu i od razu dostaje gościnę. O nie, wszystko ma swoje podstawy już w pierwszej części! A jeśli chodzi o charaktery, nadal kreowani bohaterowie są wyjątkowi, godni zapamiętania, teraz nie tylko jako pojedynczy człowiek, a grupa, stado czy rodzina.

Jest też ktoś wyjątkowy, kogo bardzo polubiłam, czyli Akuszer. Postać bardzo mądra, doświadczona, pokrzywdzona, ale mająca z tego ogromną lekcję. Nakierował on Nikitę w jej przemianie. Tak, bo nasza główna bohaterka bardzo się rozwija. Zdecydowanie nie jest już zimną suką odtrącającą wszystkich, w środku poranioną przez przeszłość. Coraz więcej osób pojawia się w jej życiu, a ona dzięki nim staje się silniejsza. Rozwija się relacja z Panem B., co mnie cieszy. (Kto czytał, ten wie) I to właśnie przekazała mi ta książka. Nie da się żyć samemu, ludzie potrzebni nam są w życiu. Niby banalne, ale w tej książce bardzo dobrze, nienachalnie ten morał przekazano.

Jeżeli chodzi o finał to mam mieszane uczucia. Parę rzeczy bardzo mi się podobało, parę w ogóle. Z jednej strony wydaje mi się, że niektóre sceny zostały potraktowane po macoszemu, tylko po to, by udowodnić przemianę bohaterki. Inne za to bardzo mną wstrząsnęły i obudziły ochotę na więcej!

Podsumowując, zdecydowanie czekam na kolejny tom serii z Nikitą, która bardzo mnie wciąga, zachwyca światem i bohaterami i angażuje. Szczególnie, że teraz będziemy się mierzyć z historią Robina! Serdecznie polecam całą serię, bo naprawdę interesujące, wartościowe książki.
Moja ocena - 8/10
Do następnego postu!
Snowflake

niedziela, 3 grudnia 2017

Podsumowanie i ulubieńcy listopada

Hej!
Wokoło powoli pojawiają się świąteczne akcenty, robi się coraz zimniej, i nawet spadł już śnieg! Tak, to znaczy, że zaczynamy grudzień, czyli chyba mój ulubiony miesiąc w roku. Już nie mogę doczekać się, wszechogarniającej magii świąt... Ale najpierw musimy podsumować listopad!
 Przeczytane:
  • Aneta Jadowska "Dziewczyna z Dzielnicy Cudów"
  • Zofia Nałkowska "Granica"
  • Joanna Chmielewska "Mąż zastępczy"
  • Eiichiro Oda "One piece" tom 6
Jak widać, moje czytanie znów wróciło do przyzwoitego poziomu. Za to jak na razie niczego nie ruszyłam z jesiennych planów czytelniczych. Następne plany będą skromniejsze i je zrealizuję, obiecuję! 
Razem przeczytałam 1061 stron, czyli około 35 stron dziennie. 
 Najlepsza książka: Aneta Jadowska "Dziewczyna z Dzielnicy Cudów"
Najgorsza ksiażka: Joanna Chmielewska "Mąż zastępczy" 
O "Mężu zastępczym" nie zamierzam pisać osobnego postu, bo jest to książka omawiana na Dyskusyjnym Klubie Książki i wiele przemyśleń dotyczących jej nie jest moich, a już gdzieś się we mnie zakotwiczyły i teraz stanowią też moje poglądy. W skrócie: książka jest dość naiwna, ale jest to tu celowy zabieg. Fajne na jeden wieczór, do odstresowania się, ale trzeba przymknąć oko na tę infantylność. Nie trafię głównego bohatera. Mimo, że jest to książka najsłabsza w tym miesiącu podobała mi się. ;)
Ponadto w listopadzie ulubiłam:
  • Pierwszy sezon "Daredevila". Został mi ostatni odcinek, więc chyba mam plany na dzisiejszy wieczór. ;) Klimat, kolory tego serialu są świetne. Plus bohaterowie, ich ciągle rozwijająca się relacje. No i antagonista jest tak dobrze stworzony! Ma jakieś podstawy, powody postępowania, własną historię. Jak na razie jestem zachwycona.

  • Wasze miłe przyjęcie recenzji mang. Bardzo się z tego cieszę, bo potrzebowałam zmian i bardzo dobrze pisało mi się coś trochę innego. Pewnie jeszczeczęsto pojawi się tu moja dłuższa opinia o mangach, filmach czy serialach!
  • Ogłoszenie koncertu Florence + The Machine w Polsce. Boziu, ja muszę na to jechać! Mam nadzieję, że mi się to uda. Jeśli tak, to byłby mój pierwszy festiwal. Teraz cały czas słucham ich piosenek i powróciła mi na nich faza! <3
A co wy polubiliście w listopadzie? Też już czekacie na święta? ;)
Do następnego postu!
Snowflake

środa, 29 listopada 2017

Ahoj, przygodo! |Eiichiro Oda "One Piece" (1-5)



Nie zawsze ma się ochotę na książkę. Czasem trzeba od tego odpocząć, przeczytać coś lżejszego, zabawniejszego i przy okazji angażującego. Coś, co niekoniecznie jest książką, bo przecież nie trzeba całe życie zamykać się jedynie w ramach powieści. I wtedy z pomocą może przyjść nam „One Piece”.

Pierwsze pięć tomów (z chyba 88!) opowiada o samych początkach pirackiej przygody Luffy’ego. Przedstawia się go na początku małego chłopca, który dzięki autorytetowi znajduje cel w życiu, którym jest zdobycie One Piece, tajemniczego miejsca, gdzie pewien legendarny pirat skrył swoje skarby. Nie jest to jednak takie proste, bo wody roją się od innych potężnych piratów oraz innych zagrożeń. Luffy, pragnący być najpotężniejszym piratem nie jest jednak bezsilny, ma on moc pewnego owocu, dzięki czemu jest jak z gumy. Jednocześnie przez to nie może pływać.

Główny bohater musi stworzyć załogę, dzięki której będzie w stanie zdobyć One Piece. Co bardzo mi się podoba każdy bohater ma swoją często rozbudowaną historię, własny cel, który chce osiągnąć. Po prostu wszystkim tutaj się kibicuje. Poza tym od początku mamy mnóstwo dziwnych bądź ciekawych przygód.

Przyznam, że prze długi czas byłam specyficznie nastawiona do tej mangi. Po prostu przerażała mnie perspektywa aż tylu tomów, klimat ciągłych pirackich przygód i kreska. Przyjaciel pożyczył mi jednak parę tomów i przepadłam! Mega wciągnęłam się z te morskie historie, dziwne konflikty, niezwykłe sytuacje i angażowałam się w sytuację bohaterów!

Coś, co jest również niesamowite to humor twórcy. Rzucił mi się on szczególnie przy wszelkich dodatkach na początku rozdziałów, szczególnie przy kąciku pytań. Naprawdę, jeżeli macie słaby dzień warto przeczytać parę rozdzialików, z pewnością się uśmiechniecie.

Jeszcze trochę o kresce. Nie jestem do niej przekonana, w wielu momentach proporcje się gubią, nogi czy ręce wydają mi się za długie (i to nie u człowieka-gumy). Z czasem jednak zaczęłam przymykać na to oko, zwalając to na specyficzną kreskę autora, a z czasem nawet zaczęłam doceniać ten sposób rysowania, który pasuje do przerysowanej fabuły. No cóż, to akurat bardzo rzecz gustu.

A samo czytanie mang? No cóż, to nie moje pierwsze i nie moje ostatnie mangi, już się przyzwyczaiłam. Niektórym może to przeszkadzać, zaczynając od kwestii czysto technicznych (czyta się tak jakby od drugiej strony) kończąc na specyficznym humorze i przerysowanych bohaterach oraz sytuacjach. Jednak naprawdę radzę spróbować z mangą czy anime, bo może się okazać, że zostaniecie tego wielkimi fanami. 

Podsumowując, „One Piece” to bardzo miła i angażująca manga, która zachwyca mnie humorem. Wiem, że to nie rozrywka dla wszystkich, lecz warto się tym zainteresować. Nie wiem też, czy to dobry tytuł na początek swojej przygody z mangą, bo jest to na tyle specyficzna przygodówka, że może zrazić do całego gatunku. Mimo to mi przypadła do gustu i jeżeli lubicie takie klimaty pirackich przygód serdecznie zachęcam, jeśli nie do mangi to może choć do anime!
Moja ocena - 7/10
I jak recenzja mang? Podoba się?
Do następnego postu! 
Snowflake

sobota, 25 listopada 2017

Dawno tego tu nie było

Hej!
Szczerze nie pamiętam kiedy ostatni taki post pojawił się na moim blogu. Za to bardzo dobrze w pamięci pozostało mi to, że bardzo lubiłam je pisać. I tylko to, bo gdy do nich wracałam zawsze wydawały mi się trochę infantylne. Nieważne, teraz po prostu czegoś takiego potrzebuję. Mianowicie dzisiaj troszeczkę moich przemyśleń, które - mam przynajmniej taką nadzieję, przyniosą parę zmian na blogu.
Czym ten post jest spowodowany? No cóż, ludzie się zmieniają, ja też trochę się zmieniłam, a wydaje mi się, że blog stoi w miejscu. I nie w sensie współprac czy obserwatorów, bo to zbyt mi nie przeszkadza. Bardziej chodzi o same posty. Recenzja książki, coś o książce, recenzja książki, coś o książce. Tak cały czas. Tyle, że ostatnio nie mam czasu, a czasem nawet ochoty czytać. Co wtedy? Pustki na blogu.
Ludzie różnie rozwiązują tę kwestię. Zapraszają gości, którzy piszą post u nich i często przy okazji się promują, prowadzą blogi w parę osób, dodają postu nieregularnie. Ja mam na to trochę inną wizję. Bo czemu mam pisać tylko o książkach? Przecież to jest miejsce, gdzie mogę w jakimś stopniu wyrażać siebie. A ja to nie tylko książki. Uwielbiam też filmy, seriale, mam inne zainteresowania, czemu nie umieszczać tu i tego? Nie mam jednego zainteresowania. Z drugiej strony, nie będę tu nagle pisać o fizyce kwantowej, bo to mnie nie interesuje. Będzie nadal z recenzjami, nadal skupiając się na typowo kulturowych tematach. Plus czasem może pojawi się coś innego. ;)
Kiedyś już próbowałam dodać recenzję serialu. Została bardzo skromnie przyjęta, więc się zniechęciłam. Ale dlaczego niby mam aż tak przejmować się komentarzami czy wyświetleniami. Wiadomo, w pewnym stopniu blogerowi zawsze zależy na popularności, by wiedział, że robi to dla kogoś i to co pisze podoba się ludziom. Ale przy tym i ja muszę mieć frajdę, a ciągłe recenzje to chwilami bardziej obowiązek niż frajda.
Tak jak już napisałam, nie będzie to nagle totalna zmiana. Po prostu chciałam to tu napisać, by po swojemu zacząć coś nowego tutaj. I bo miałam ochotę na taki lekki, spontaniczny post.
Już w środę recenzja. Tylko tym razem czegoś innego!
Do następnego postu!
Snowflake

środa, 22 listopada 2017

Peter Wohlleben "Sekretne życie drzew"



Pamiętam, kiedy pierwszy raz zobaczyłam tę książkę, jakiś rok temu. Od razu wpadła mi w oko! I wstyd się przyznać, ale nie treścią, tylko okładką. A czytać tak właściwie nie miałam zamiaru, bo czułam, że „Sekretne życie drzew” to nie moja tematyka. Teraz jednak chęć sięgnięcia po nowy gatunek przekonała mnie do tej książki. I co? Przepadłam.

Peter Wohlleben, autor książki, z zawodu leśnik w tej lekturze przekazuje nam ważne i ciekawe aspekty z życia drzew, o których często nie mamy pojęcia. Swoje teorie popiera własnymi doświadczeniami oraz licznymi badaniami, dzięki czemu są całkowicie wiarygodnie. Wraz z nim powoli poznajemy nieznany nam dotąd świat drzew.

Powoli? Z pewnością, bo przyznam, że trochę zajęło mi przeczytanie tej książki. Myślałam, że będzie to lektura, na 2-3 wieczory, a spędziłam nad nią ponad tydzień. Nie uważam tego za wadę książki, myślę, że każdą lekturę popularnonaukową czyta się powoli prze to, że przyswajamy tam sporo informacji. Przy czytaniu miłe też są krótkie rozdziały dotyczące każdego zagadnienia, dzięki czemu wygodniej się czyta, bo często można bezproblemowo oderwać się od książki, albo z drugiej strony przysiąść i przeczytać rozdzialik jako przerwę i odpoczynek od pracy, nauki, czegokolwiek.

Jeżeli chodzi o informacje przekazywane tutaj, według mnie są naprawdę ciekawe! Dużo z tego zapamiętałam i powtarzam, a moi znajomi już tylko przewracają oczami. Wszystko opisane jest miłym, codziennym językiem. Wiadomo, jest tu trochę fachowych nazw, lecz nie zaczerpniętych znikąd, a zawsze odpowiednio wytłumaczonych. Wszystkie te zagadnienia, większość nazw drzew jest dla nas znana, ponieważ autor w głównej mierze odnosi się do Europy środkowej.

Książka ta też może dać nam wiele do pomyślenia. Bo gdy wiemy, że drzewa mają zmysł węchu, przekazują sobie informacje, wspierają inne drzewa czy zapamiętują to nadal będziemy tak je trwonić? Po przeczytaniu tej książki będę się starała, choćby sama w domu na małą skalę nie marnować drewna czy papieru, aby kolejne drzewa nie musiały tak często być ścinane na moje wymysły. Niby to mało, ale pomyślmy, że każdy człowiek, który przeczytał te książkę tak się zachowa. Zacznie choćby zbierać makulaturę. Może to doprowadzić do (małych, ale jednak) zmian na świecie.

Z drugiej strony chwilami wydawało mi się, że autor przesadzał, zachowywał się jakby człowiek był jedynym złem tego świata i najlepiej jakby go nie było. Wiem, że drzewa są tu znacznie dłużej od nas, ale takie ujęcie sprawy trochę mi przeszkadzało.

Podsumowując, „Sekretne życie drzew” to napisana przyjemnym językiem, łatwa w odbiorze książka przekazująca nam wiele ciekawych informacji ze świata, który nas otacza. Nigdy nie byłam bardzo zainteresowana taką tematyką, dzięki tej książce jednak chcę lepiej poznać otaczający mnie świat i na pewno jeszcze nie raz sięgnę po tego typu pozycje. Prócz tego „Sekretne życie drzew” sprawiło, że dłużej zastanowiłam się nad niektórymi rzeczami i odrobinę zmieniło mój światopogląd. Serdecznie polecam, bo to jest coś, po co rzadko się sięga, a szkoda.
Moja ocena – 7/10
Czytaliście coś w takim stylu?
Do następnego postu?
Snowflake

sobota, 18 listopada 2017

Bullet journal październik/listopad 2017



Hej!
Przez zawirowania związane z postami dawno nie pojawił się wpis z prowadzonym przeze mnie bullet journalem. A, co mnie zaskoczyło, bardzo wkręciłam się w tę metodę planowania. Na tyle, że wyrzuciłam kalendarz, polegając jedynie na dzienniku. Zapisuje w nim wszystkie prawy, zaczynając od szkoły, przez sprawy blogowe aż do towarzyskich. I w przypadku wypełniania dziennika mój słomiany zapał przegrał.

No dobra, we wrześniu było różnie. Nie wypełniałam tego zbyt regularnie, nie miałam siły, nie chciało mi się. W październiku za to regularnie wypełniałam każdą lukę. Jedyne, co próbowałam, a mi się nie przyjęło to oznaczanie humoru. Po prostu po jakimś czasie zapomniałam o tej małej tabelce w której rysowałam buźki. Trudno, najwyraźniej to po prostu nie dla mnie. Zrezygnowałam zresztą z wielu początkowych tabelek, które trzeba codziennie wypełniać, na rzecz jedynie nawyków i wypisywania „Dziękuję za…”.

Wielką frajdę sprawia mi też ozdabianie dziennika! Planowanie tabelek, wymyślania tematu do każdego miesiąca. Już nie mogę się doczekać świąt, mam tyle pomysłów na grudniowe ozdabianie, czas zacząć je realizować! Poza tym mego polubiłam washi tape. Wystarczy przykleić ją w paru miejscach i już wszystko wygląda lepiej.

W październiku królowała jesień, pomarańcz, fiolet, strzałki. Listopad za to upłynął pod znakiem deszczu. Jest to już miesiąc bardziej pochmurny z gołymi drzewami, dlatego nie chciałam znów stosować ciepłych barw. A chmurki i parasoleczki według mnie wyglądają naprawdę uroczo. Pierwsza strona była ciut inspirowana okładką „Pana Mercedesa”.

Z czasem wypełniania dziennika nauczyłam się, jakie metody o mnie działają, a jakie nie. Wiem już, że wypełnianie dwustu tabelek wieczorem nie jest dla mnie i musiałam je ograniczyć. Za to poznałam dwie rzeczy, które bardzo dobrze mi się sprawdzają. Mianowicie listy rzeczy do zrobienia, które zawsze trzymam w bujo. Odhaczanie rzeczy już zrobionych jest naprawdę satysfakcjonujące. Poza tym, gdy coś jest naprawdę ważne zapisuje to na karteczce samoprzylepnej, którą przyklejam na właściwej stronie. Dzięki temu rzadziej o czymś zapominam. Na zdjęciu moja ulubiona strona z listopada – wszystko dzięki tym chmurkom!


To zdjęcie było inspiracją. Źródło - Pinterest.
W listopadzie próbowałam także wziąć udział w miesiącu systematycznej nauki. Próbowałam, bo parę rzeczy się pozmieniało. W następnym miesiącu powiem wam jak wygląda uzupełniona tabelka do tego, choć raczej wygląda to licho. Może jednak uda mi się do tego wrócić, zobaczymy…

Mam nadzieję, że następny post z dziennikiem pojawi się prawidłowo, za tydzień. Próbowaliście prowadzić swój bujo? Jeżeli nie, to polecam, świetna forma planowania!
Do następnego posta!
Snowflake